Fotorelacja i dziennik z wyprawy do Słonecznej Italii.

Aż 4 Albumy ze zdjęciami z cudownej wyprawy do słonecznej Italii pojawiły się w galerii... Mediolan - Verona - Wenecja.
30 Walentynki w moim krótkim życiu spędziłem z Anią we Włoszech.
Niezapomniana podróż z masą atrakcji i wrażeń...
DZIEŃ 1
11 lutego o 6 rano wylecieliśmy do Mediolanu... o 8 rano po 2 godzinach lotu byliśmy na lotnisku w Bergamo, a stamtąd godzinka drogi do centrum Mediolanu pod Stazione Centrale (centralny dworzec kolejowy). Mediolan przywitał nas deszczem... Teoretycznie cały wyjazd mieliśmy zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach, ale jak to zwykle bywa życie pisze swoje scenariusze...

Już na samym początku pobytu we Włoszech mieliśmy wiele przygód związanych z komunikacją miejską i nie tylko, które towarzyszyły nam do samego końca. Znaleźć stację metra w Mediolanie nie jest tak łatwo jak w Warszawie, może, dlatego że w Warszawie jest jedna linia metra, a wejścia do stacji i oznaczenia są ogromne, bo tak bardzo próbujemy się pochwalić tym, że mamy metro... W Mediolanie linie są 3 i do tego jeszcze jedna z linii pod koniec się rozchodzi :-)
Już po pierwszym dniu mieliśmy całkiem nieźle opanowaną komunikację miejską (metro, autobusy, tramwaje) w Mediolanie. Spod Stazione Centrale mieliśmy się dostać do hotelu Holiday Inn Express Milan West-San Siro, który zgodnie z informacją w internecie był jedyne 8 km od centrum i blisko stacji metra (z zapewnionym przez hotel transportem na stację). Ja to nazywam "agresywny marketing". Hotel faktycznie był 8 km od centrum, ale obok hotelu stała już tablica "koniec Milano" - hmmm... mały ten Mediolan - moje mieszkanie położone jest na Kabatach i to jest 16 km od centrum i jeszcze leży w Warszawie :-) Z tej blisko hotelu położonej stacji metra trzeba było dojechać jakieś 8 przystanków autobusem a później na nóżkach jakieś 5-7 min. no może 15 min. - pojęcie "blisko" jest bardzo względne, szczególnie na włoskiej stronie hotelu Holiday Inn. Cała ta podróż, pomimo że jedyne 8 km od centrum z reguły zajmowała nam 40-60 min. Ale nic to... nie narzekaliśmy. Pierwsza podróż na tej trasie oczywiście trwała dłużej, bo jak się okazało znaleźliśmy dobrą stację i dobrą linię metra, ale właśnie ta nasza linia rozchodziła się pod koniec na dwie... i oczywiście jak na złość pojechaliśmy w tę drugą odnogę. Dzięki tym przygodom chyba możemy w środku nocy rozrysować plan metra lub zatrudnić się w informacji turystycznej w Mediolanie.
Porzućmy na chwilę temat komunikacji, który jeszcze kilka razy powróci w opisie tej wyprawy. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną z hotelu do centrum Mediolanu. Poszło już zdecydowanie lepiej niż za pierwszym razem. Wysiedliśmy na stacji Duomo i zachwyciliśmy się katedrą oraz Gallerią Vittorio Emanuele II - najstarszym pasażem handlowym na świecie zwany Il Salotto di Milano (Salon Mediolanu). Całe popołudnie spędziliśmy na spacerach z parasolką po centrum Mediolanu oglądając i zwiedzając zabytki (np.: Teatro alla Scala - najsłynniejsza opera świata... - Z zewnątrz niepozorna, wnętrze oszałamia przepychem; kościół Sancto Lorenzo Maggiore; Piazzale XXIV Maggio), robiąc zdjęcia, wpadając "gdzie niegdzie" na małe espresso. Ok godziny 16 dopadł nas głód więc udaliśmy się do polecanej w przewodniku trattori... Wszystko było by pięknie dopóki się nie okazało, że jest siesta (w lutym?). I tak z pustymi brzuchami chodziliśmy od knajpki do knajpki szukając jakiejś czynnej jadłodajni i rym cym cym po 3 godzinach znaleźliśmy. Zjedliśmy polecone pyszne risotto po mediolańsku, wypiliśmy czerwone domowe wino i wróciliśmy pod katedrę Duomo. Wieczorkiem kolacja w pizzerii, z prawdziwą włoską pizzą przyrządzaną w piecu opalanym drzewem. Ok. godziny 22 udaliśmy się we wcześniej opisywaną drogę powrotną... W hotelu paciorek, siusiu i spać, bo kolejny dzień też zapowiadał się atrakcyjnie.

DZIEŃ 2
12 luty 5 rano. Wstaliśmy, szybko się ogarnęliśmy i biegusiem na śniadanie. Ech te włoskie śniadania w zasadzie na słodko - ciast i ciasteczek 15 rodzai. O 7 godzinie mieliśmy pociąg ze Stacione Centrale do Werony - miasta Romea i Julii. Podążyliśmy więc, w/w drogą na dworzec kolejowy w Mediolanie - tym razem udało się dotrzeć bez większych przygód. Dworzec w Mediolanie robi również duże wrażenie... 16 torów, 8 peronów pod ogromną kopułą z metalu i szkła wraz najstarszą częścią dworca - przepięknym ogromnym budynkiem z marmurami w środku w stylu PKiN w Warszawie :-) Różnica diametralna w porównaniu z Dworcem Centralnym w Warszawie a i standard włoskich linii kolejowych też zdecydowanie odbiega od polskiego PKP :-) Po ponad godzinnej spokojnej podróży wylądowaliśmy w Weronie, która w lutym przywitała nas pięknym słońcem i temperaturą w okolicach 18 stopni Celcjusza. Wychodząc z dworca minęliśmy Porta Nuova i krótkim spacerze długą Corso Porta Nuova kończącą się przy obronnych arkadach dotarliśmy do centrum na Piazza Bra, na którym stoi Arena - trzeci, co do wielkości rzymski amfiteatr gdzie niegdyś 20 tysięczny tłum cisnął się na ławkach by obejrzeć walki gladiatorów.

Po krótkim odpoczynku na 44 rzędzie z różowego marmuru z widokiem na przepiękną panoramę Werony udaliśmy się Via Mazzini (wąski piękny deptak z drogimi sklepami z ubraniami, butami i biżuterią - przystrojony na zbliżające się Walentynki) w kierunku Piazza delle Erbe oraz Via Cappello (ulica nazwana po rodzie, który Szekspir przechrzcił na Kapuletich) gdzie po lewej stronie, pod nr 23 stoi Cassa di Giulietta (Dom Julii). Zostawiliśmy list do Julii w bramie, stanęliśmy pod balkonem i pomyśleliśmy życzenie o miłości, które zgodnie z tradycją ma się spełnić, a ja nawet pokusiłem się o złapanie Julii za prawą pierś :-) - już więcej nie dało się zrobić... Po załatwieniu sobie we wszelkich możliwych miejscach i zgodnie z wszelkimi tradycjami powodzenia w miłości poczuliśmy się głodni i prosto z domu Julii poszliśmy do trattori Greppia przy Vicolo Samaritana 3 (mała rodzinna trattoria w pobliżu Piazza dell`Erbe o doskonałej reputacji i niewysokich cenach) na pyszne gnocchi w 3 sosach oraz koninę po włosku, popite pysznym domowym czerwonym winem.
Po posiłku skierowaliśmy się na Piazza delle Ebre, który stanowi serce miasta - charakteryzuje się bogatą różnorodnością budynków (Domus Mercatorum, Torre del Gardello, Pallazzo del Comune, Casa Mazzanti). Stamtąd udaliśmy się na Piazza dei Signori gdzie odnaleźliśmy fragment odkopanej rzymskiej ulicy. Dalej spacerkiem poszliśmy pod arkadą łączącą Palazzo degli Scaligeri z Palazzo del Capitano w kierunku romańskiego kościółka Santa Maria Antica, przed którym ustawione są Arche Scaligeri - jedne z najbardziej złożonych gotyckich pomników nagrobnych we Włoszech. Następnie skierowaliśmy się w stronę Adygi mijając największy kościół w Weronie Sant`Anastasia budowany przez prawie 300 lat oraz San Pietro Martire zniszczony przez Napoleona, którego największą atrakcją jest fresk - najdziwniejsze malowidło w Weronie uważane za alegoryczne przedstawienie Wniebowzięcia Matki Boskiej. Po tych "religijnych" przeżyciach trafiliśmy wreszcie na brzeg Adygi popatrzeć na piękną panoramę prawobrzeżnej Werony. Chwila przerwy na ławeczce, "dokarmianie raka" i dalej spacer po Weronie. Na koniec części związanej ze zwiedzaniem udaliśmy się do pomalowanej w czerwono-białe pasy Duomo, która stoi zaraz za zakrętem rzeki, za pięknym rzymskim mostem Ponte Pietra.
Tym oto sposobem zakończyliśmy zwiedzanie Werony. Jednak wyjazd do Włoch poza wieloma przygodami związanymi z transportem i komunikacją, o czym jeszcze wspomnę, zapewnił nam również kilka miłych niespodzianek. Wracając w kierunku dworca kolejowego przez Piazza dele Erbe natknęliśmy się na dziwnie wyglądającą "paradę". Jak się okazało (o czym przeczytaliśmy w pociągu wracając do Mediolanu) trafiliśmy na werońskie Carnevale. Jeden z najprzyjemniejszych dni w kalendarzu Werony, podczas którego w piątek przed tłustym wtorkiem wielka procesja ponad 140 platform przejeżdża przez centrum przez Piazza Bra i Piazza dele Erbe. Zupełnie niepodobny do wenwckiego karnawału, jest lokalnym wydarzeniem bez masek i pozowania - są tylko masy przebranych ludzi, głośna muzyka, dzieciaki opryskujące wszystko kolorową pianką (takie coś nazwane przez nas "gluty"), rozdawane cukierki i gnocchi. Wszędzie confetti, miliony ton confetti, całe miasto w confetti... tyle confetti jeszcze w życiu nie widziałem... Na czele procesji stoi wielka postać zwana Papa del Gnocco. Południowcy potrafią się bawić... starzy i młodzi, rodziny z dziećmi, wszyscy uśmiechnięci, rozbawieni, roztańczeni... Aż żal było odjeżdżać!!!
Po 2-3 godzinach uczestnictwa w werońskim karnawale wróciliśmy na dworzec kolejowy gdzie czekał już na nas pociąg. W pociągu studiując przewodnik dowiedzieliśmy się baaaaardzo ciekawej rzeczy - we Włoszech przed wejściem do pociągu na stacji należy skasować bilet! Bardzo zabawne, szkoda że wcześniej tego nie wiedzieliśmy. Ale nie ma tego złego! Zastanawialiśmy się czy konduktor ograbi nas ze wszystkich pieniędzy, które przy sobie mieliśmy wystawiając nam ogromny mandat czy wyrzuci z pociągu. Na szczęscie konduktor nie chodził i nie sprawdzał biletów (a w drodze do Werony konduktor nie zauważył, że mamy nie skasowany bilet). W międzyczasie w pociągu opracowaliśmy chytry plan - ponieważ bilety kolejowe we Włoszech są ważne na danej trasie przez pół roku - stwierdziliśmy, że po powrocie do Mediolanu oddamy bilety w kasie twierdząc, że z nich nie skorzystaliśmy. Polacy to sprytny naród... Biletów nie udało się zwrócić, ale udało się je zamienić na bilety do Wenecji! Tym oto sposobem zaoszczędziliśmy ok 30 euro.
Po powrocie do Mediolanu wpadliśmy jeszcze na Piazza Duomo na pizzę w w/w pizzeri. Po tym pełnym wrażeń dniu o 23 w nocy trafiliśmy do hotelu i po wszystkich zabiegach higienicznych w 5 minut odeszliśmy w błogi sen. Następny dzień miał być mniej napięty i przeznaczony na odpoczynek i spacery po Mediolanie.
DZIEŃ 3
Pozwoliliśmy sobie trochę pospać, wstaliśmy przed 9:00 żeby zdązyć na śniadanie. Na szczęście dziś nie musimy się nigdzie spieszyć, nie jesteśmy zależni od terminów odjazdów pociągów. Dziś relaks w Mediolanie.